sobota, 23 października 2010

gdy zapada zmierzch 2010-03-08

To przychodzi falami...Leze, slucham muzyki i nagle zaczynaja naplywac
wspomnienia. Plawie sie w nich do czasu, kiedy pojawia sie uczucie
narastajacej paniki. To troche jak z moja astma- nie wiadomo skad, nie
wiadomo dlaczego, a boli tak bardzo. W glowie mam rozne dziwne mysli,
nagle narasta we mnie przekonanie, ze do mnie nie wrocisz. Ze juz nie
zobacze Twojego kochanego usmiechu, ze stwierdzisz, ze nasz zwiazek byl
pomylka. To chore, ale towarzyszy temu tak cholerny strach, ze nie
potrafie wowczas racjonalnie myslec. Dobra chwila musi minac, nim sie z
tego otrzasne, nim wroci swiadomosc...
Ale to pewnie tylko skutek uboczny tesknoty. Duzo o niej ostatnio mysle.
Czy wiesz, ze psychologowie wyrozniaja kilka faz przezywania straty?
Mysle, ze ktos powinien przeanalizowac etapy rozstania- sa bardzo
podobne.
I FAZA: Wstrząs,odrętwienie, niemożność wyrażenia uczuć - dysocjacja
myśli i uczuć niedowierzanie- to jak pierwsze dni po rozstaniu-
zwlaszcza to niedowierzanie i nieumiejetnosc wyrazenia tego, co sie
czuje. Jeszcze nie odczuwa sie braku, jeszcze nie do konca rozumie sie,
co sie stalo.
II FAZA: Protest- szukanie alternatywnego rozwiązania w miejsce
realności- w tym wypadku mamy gniew, protest, pretensje, zal, nie
potrafimy pogodzic sie z samotnoscia, tu pojawiaja sie pierwsze klotnie,
pierwsze znaczace oznaki samotnosci.
III FAZA: Dezorganizacja- to faza kiedy probuje sie jakos posklejac
samodzielnie to zycie do kupy. Faza chyba najtrudniejsza psychicznie- to
tu pojawiaja sie te wszystkie depresje, dolki, najwiekszy bol i to
cholerne poczucie, ze niczego nie mozna zmienic, ze trzeba sie z tym
pogodzic. Nie ma juz sily na gniew i pretensje- zostaje tylko uczucie
pustki...
V FAZA: Reorganizacja - stopniowe powracanie do normy- faza
najtrudniejsza dla zwiazku, im przychodzi pozniej tym lepiej. To faza,
ktora miales na mysli, kiedy twierdziles, ze po pewnym czasie bedzie mi
bez roznicy czy wrocisz po 4 czy po 6 mc. Dlaczego najtrudniejsza? Bo
wylacza uczucia. Moze to okrutne, ale chyba tak dziala ludzka psychika,
ze po pewnym czasie akceptuje sie stan rzeczy takim, jaki jest powoli
spychajac go gdzies do podswiadomosci. Wlasnie niedawno zlapalam te
faze. Juz nie mam sily odliczac, nie mam sily myslenia o tym wszystkim,
po prostu akceptuje to tak jak jest. Odczuwam juz tylko jedno wielkie
zmeczenie tym stanem rzeczy.
Nie mysl sobie, ze cie nie kocham czy cos podobnego. Bynajmniej nie
uwolnisz sie ode mnie tak szybko.
Po prostu ciekawie zmienialo sie moje podejscie do tematu przez te kilka
miesiecy. Wiem teraz tylko jedno- nigdy, przenigdy, nie puszcze Cie na 6
mc. Wlasnie dlatego, ze byloby mi to obojetne kiedy wrocisz. Obojetnosc
zabija milosc. Nie mozna za dlugo zyc wspomnieniami. I niewazne co
mowilam, nie puszcze i koniec i jesli bede musiala postawic Cie przed
wyborem ja czy morze to postawie, bo 4 mc to juz za dlugo, a co dopiero
6...
Jeszcze tylko 5 dni. Oby. W koncu nawet nadzieja kiedys umiera...

Kocham Cie tak bardzo...:*

0 komentarze:

Prześlij komentarz